Węgrzecki okres w życiu Stanisława Wyspiańskiego.

Węgrzecki okres w życiu Stanisława Wyspiańskiego.

2 Gru, 2011

„Chcę żeby […]  w upalny letni dzień, przede mną zżęto łan, dzwoniących sierpów słyszeć szmer i świerszczów szept i szum. Chcę widzieć, słyszeć w skwarny dzień, czas kośby dobrych ziół i złych i jak od płowych zżętych pól ptactwo się podnosi na żer” pisał Wyspiański w Wyzwoleniu[1]. Kilka lat później, teswoją, już wtedy spełnioną, tęsknotę za sielskim urokiem wiejskiego krajobrazu artysta powtórzył w jednym z prywatnych listów pisanych z Węgrzec do Adama Chmiela: „Tak tędy chcę ino słuchać, jak nasze dęby szemrzą, jak nasze szumią brzozy, a wierzby. Mam je przed oknem i na tę scenę patrzę, póki dzień światła daje”[2].

 Zanim doszło do zakupu domu w Węgrzcach, Wyspiańscy planowali osiąść na stałe w Konarach, rodzinnej miejscowości żony artysty Teofili Pytko. Wyspiański czynił nawet starania, by odzyskać ojcowiznę Teofili. Jednak ani jego osobiste zabiegi, ani kilkumiesieczne działania notariusza z Żabna Juliusza Mycińskiego nie przyniosły oczekiwanego skutku. Wobec tego kolejnym adresem, jaki autor Wesela brał pod uwagę była krakowska willa Sielanka Oszackich usytuowana w malowniczym sąsiedztwie Kopca Kościuszki[3]. 7 maja 1906 r. pytał mecenasa Józefa Skąpskiego: „proszę o łaskawe napisanie w paru słowach jak stoi sprawa omawianej pożyczki. Czy pan mecenas widział się już z wujem moim Kazimierzem?”[4] Stosunki z rodziną po zawartym w aurze skandalu ślubie z Teofilą musiały być dość napięte, skoro miesiąc później Wyspiański w odpowiedzi na list swojego adwokata pisał co następuje: „Wobec otrzymanej wiadomości nie inaczej należy rozumieć odpowiedz wuja mego […] tylko jako odmowę, Wobec tego wpadłem na inny pomysł. Mam u siebie w domu obrazów około 35, które by można zastawić w Kasie Oszczędności Miejskiej. Za obrazy te, gdybym je dzisiaj chciał sprzedać pojedynczo, otrzymałbym niewątpliwie więcej niż 4000 zł reńskich. Śmiało więc Kasa Oszczędności mogłaby mi pożyczyć tę sumę 4000 zł r. Biorąc w zastaw 30 i  kilka obrazów”[5]. Tak też się stało. Wyspiański musiał te słowa pisać z ciężkim sercem gdyż zazwyczaj bywał nieugięty wobec nagabywań potencjalnych klientów, twierdząc, że swoich zgromadzonych obrazów nie zamierza się pozbywać. Jednak tęsknota za prawdziwym domem, z dala od


[1] S. Wyspiański, Wyzwolenie [w:] Dzieła zebrane, t. V, Kraków 1959, s. 134.

[2] Węgrzce 14 VII 1907. Cyt. za: Listy Stanisława Wyspiańskiego różne do wielu adresatów, opr. L. Płoszewski, Kraków 1998, s. 239.

[3] Zob. list Wyspiańskiego do Józefa Skąpskiego z 17 maja 1906 [w:] Kalendarz z życia i twórczości Stanisława Wyspiańskiego, opr. A. Doboszewska, Kraków 1995, s. 474.

[4] Tamże, s. 269.

[5] Tamże, s. 271.

miejskiego zgiełku, była widać silniejsza, skoro 26 czerwca, również bez pośrednictwa swojego adwokata, prosił dyrektora Miejskiej Kasy Oszczędności o pożyczkę 8-10 tysięcy koron, w zastaw swoich prac lub na weksel.

Ów zadziwiający opór bliskich poety przed udzieleniem mu finansowego wsparcia, znalazł przekonujące tłumaczenie w liście jednego z przyjaciół rodziny: „Pani Stankiewiczowa niezmiernie boi się wsi dla braku opieki lekarskiej i … domowej. Może obawy jej są przesadne, nie liczy się też przy tym z miłością Wyspiańskiego do rodziny, ale odwieść go od zamiaru nabycia gruntu lub przeniesienia uważałem i uważam za rzecz niemożliwą i spóźnioną”[1]. Sama zaś ciotka w liście do wspomnianego Kazimierza Stankiewicza kreśliła dość przejmujący obraz małżeńskich relacji swojego siostrzeńca: „jest pozbawiony wszelkiej opieki tak w dzień jak w nocy, ona wprost jest niegodziwa, całą noc nie zajrzy do pokoju, w którym leży […] nie poda lekarstwa, nie zmieni bielizny – krzyczy i dokucza mu, że nic nie robi, tylko choruje […] jest nieszczęśliwy, opuszczony i smutny, że cały czyściec cierpień przechodzi”[2]. Warto przypomnieć w tym miejscu, że artysta cierpiał wówczas na końcowe stadium syfilisu i istotnie wymagał bardzo starannej, fachowej opieki.

Zanim jednak podejmiemy subtelny wątek małżeńskich stosunków Wyspiańskiego powróćmy najpierw do Węgrzec. Kiedy plany zakupu Sielanki spełzły na niczym, 28 czerwca poeta zdecydował ulokować pieniądze uzyskane z nagrody Probusa Barczewskiego za cykl pejzaży z kopcem Kościuszki, w gospodarstwie wiejskim w Węgrzcach pod Krakowem. „Wczoraj  – pisał w liście do Skąpskiego – rozważyliśmy już do reszty całą sprawę. Proszę zatem Szanownego Pana Mecenasa o niezwłoczne złożenie zadatku, tak żeby już nie było wątpliwości że to się nam dostanie […] Chciałbym aby sprawa kupna jak najszybciej doszła do skutku”[3]. Wedle zachowanej umowy notarialnej sporządzonej dnia 6 września przez Edmunda Klemensiewicza, posiadłość liczącą 21 morg z budynkami i plonem, jej poprzedni właściciel – Ludwik Janikowski – kolega ze szkolnej ławki Wyspiańskiego sprzedał za sumę 27 tysięcy koron[4]. Przy czym  data – 6 września była tylko formalną datą porozumienia stron, gdyż Wyspiańscy od końca sierpnia mieszkali już w Węgrzcach.

Idea zakupu posiadłości ziemskiej, leżącej nieco na uboczu, była w tym czasie bardzo popularna wśród artystów, żeby przypomnieć bronowicką Rydlówkę, dworek w Żarnowcu koło Jedlicza w Krośnieńskiem Marii Konopnickiej, czy też sienkiewiczowski Oblęgorek


[1] Z listu J Bartosińskiego do J. Skąpskiego z dnia 21 czerwca 1906. Cyt. za:  Kalendarz z życia i twórczości, op.cit., s. 480.

[2] List ciotki Stankiewiczowej z 14 lutego 1906 do dr. Nowaka. Tamże, s. 465.

[3] Listy S. Wyspiańskiego różne, op.cit., s. 272.

[4] Teka J. Skąpskiego. [w:] Kalendarz z życia i twórczości, op. cit., s. 484.

Wyspiański zapewne przeczuwając zbliżającą się śmierć, pragnął również w ten sposób zabezpieczyć przyszłość czwórki wychowywanych wspólnie z Teofilą dzieci.

Sam dom  został drobiazgowo uwieczniony przez świadków epoki, a dodajmy przy tym że nie byle jakich, bo wśród gości Węgrzec bywali np. Władysław Reymont, Ludwik Staff, Stefan Żeromski, Józef Mehoffer, historyk kultury Adam Chmiel, historyk literatury Józef Kallenbach. „Z doskonałej szosy warszawskiej – opisywał dziennikarz Konstanty Sorokowski –  tuż obok najdalej na północ usypanego fortu, dorożka skręca na prawo i ujechawszy kilkaset kroków lada jaką drogą wiejską, wjeżdża w sam środek wsi […] Minąwszy kilka chat wiejskich, stajemy wreszcie na wąskiej uliczce przed sporym domem, który wśród sąsiadów swoich wyróżnia się rynnami, blaszanym dachem i zakratowanymi oknami”[1]. Długa, wąska sień prowadziła na lewo do jadalni i kuchni, na prawo zaś do pokoju chłopców i znajdującej się za nim sypialni. Największą izbę – z oknem od frontu – zajmowała słynna szafirowa pracownia artysty, jak opisywał Sorokowski „duża, dość niska, na jednostajny niebieski kolor wymalowana izba, z jednym, okratowanym oknem. Wzdłuż węższych ścian dwie półki z książkami”[2]. Reporter z właściwym swej profesji wścibstwem sprawdził nawet zawartość księgozbioru poety: „przepatruje nagłówki – relacjonował czytelnikom  – przeważa historia polska i dzieła traktujące o sztuce […] prace historyczne, kroniki, pamiętniki w oryginalnych, naukowych wydaniach. W jednym kącie mnóstwo płócien w ramach, gotowe miejsca na przyszłe arcydzieła malarskie. W drugim kilka rzeźb, obok pult z wielka księgą, nad pultem portret ojca artysty i poety jego własnego pędzla. Dalej misterny bukiet czy też wieniec ze zboża, przeplatany krakowskimi wstążkami. Stół nakryty czerwonym suknem”[3]. Dodajmy, że ten purpurowy akcent wystroju tak intensywnie kontrastujący z błękitem ścian zapamiętało wielu jego ówczesnych  gości.

Czy Wyspiański był w Węgrzcach szczęśliwy? Wiele wskazuje, że początkowo tak. Sielskie otoczenie, dalekie odgłosy życia,  majaczące się w oddali wzgórza, poczerwieniałe sady i błekitna topiel nieba, o których tak pięknie pisał na marginesach swoich listów, dały schorowanemu artyście upragniony spokój. „Raz spojrzeć przez okno, wsłuchać się w wiatru szum więcej ma dla mnie  wagi
i niewymownie więcej jest ważniejsze” komentował w swoim liście do Stanisława Lacka[4].   Także przywołane już wyżej  niepokoje ciotki nie znalazły potwierdzenia, bo zdawać się mogło że czyste wiejskie powietrze zrobiło swoje, że powoli wraca do zdrowia. Co więcej, lekarze znajdowali nawet podstawy do rokowania, że przy odpowiednim trybie życia będzie mógł pracować jeszcze kilkanaście lat. Wiosną 1907 r. polepszenie było uderzające. Artysta mógł sam


[1] K. Sorokowski,  U Stanisława Wyspiańskiego, [w:] Wyspiański w oczach współczesnych, red. L. Płoszewski, t. II, s. 452-454. Sorokowski razem kuzynem Wyspiańskiego Zenonem Parvim odwiedzili artystę w  październiku 1907.

[2] Tamże, s. 453.

[3] Tamże, s. 453.

[4] List z 3 kwietnia 1905 [w:] Listy S. Wyspiańskiego różne, op.cit., s. 320.

przejść się po pokoju, pewnego sierpniowego dnia pojechał nawet do Teatru Miejskiego w Krakowie, choć już wejść na pierwsze piętro o własnych siłach nie dał rady. Ten niespodziewany przypływ sił zaowocował zintensyfikowaniem działalności twórczej, to wtedy podyktował ciotce Cyda, fragmenty niedokończonego Zygmunta i Juliusza II zamknął korektę Sędziów, kończył Powrót Odysa. 14 lipca pisał do A. Chmiela: „Z ręką lepiej, trzeba nadal długiej jeszcze cierpliwości. Tymczasem coraz mniej czuję ciężaru choroby, a przede wszystkim odzyskałem z dawna upragniona możliwość czytywania spokojnego, przez co będę mógł zapoznać świeżo z wieloma książkami, aby je do składu myśli moich włączyć”[1]. Istotnie rozpadająca się przez syfilis prawa dłoń artysty przyprawiała go o nieznośny ból i praktycznie uniemożliwiała tworzenie, co odczuwał jako tym większy paradoks losu, uważając, że dopiero po 30 roku życia nauczył się malować. Bliscy Wyspiańskiego próbowali mu pomóc bandażując dłoń na kawałku drewnianej deseczki, między którą a palcem wciskano ołówek, od biedy mógł dzięki temu pisać, jak wspomina Chmiel „schorzałą ręka, ubezwłasnowolnionymi palcami”, ale rysowania prawie zupełnie już zaprzestał. Wkrótce zresztą  nastąpiło pogorszenie stanu zdrowia, a do kłopotów zdrowotnych dołączyły się również finansowe. Nie posiadając żadnych dochodów poza drobnymi kwotami za wydawane książki i ze sprzedaży obrazów, Wyspiańscy borykali się właściwie z ciągłym brakiem pieniędzy. Jednak po przeniesieniu się do Węgrzec postępująca choroba artysty i gospodarcze wydatki prowadzone niewprawną ręką Teofili, dramatycznie pogorszyły stan finansów[2]. Ratując domowy budżet, artysta  poza obrazami  zamyślił wówczas spieniężyć także własne rękopisy, których oprawę powierzył znanemu krakowskiemu introligatorowi Robertowi Jahodzie, jednak z niewyjaśnionych powodów ta transakcja nie doszła do skutku. Niewątpliwie kłopoty finansowe i brak zrozumienia Teofili dla choroby męża zaważyły na relacji małżeńskiej Wyspiańskich i stanie zdrowia artysty, którego porażający obraz znajdujemy w wielu świadectwach epoki.  Jak wspominał Jerzy Leszczyński: „wczesną wiosną 1907 r jechałem poczciwym „fiakrem” krakowskim wraz z nieżyjącym wujem moim Józefem Rapackim do Węgrzc, wioseczki podkrakowskiej, w której dogorywał już prawie Wyspiański […] Po godzinnej przeszło jeździe stanęliśmy przed skromnym domkiem poety, który już na pół tylko należał do świata […] Widoku, który ukazał się naszym oczom, nie zapomnę do końca życia. W dużej, widnej wyspie, zawalonej książkami, obrazami, kartonami i farbami na wielkim drewnianym łóżku […] na pół siedząc, leżał Wyspiański: twarz bledziutka, żółta, pergaminowa, bez kropli krwi prawie, jasna czupryna oblepiona potem […] Ręka ujęta w deszczułki obandażowana. Chwilę staliśmy oszołomieni tym widokiem, od którego serce krajało się w kawały.Wyspiański zauważył nasze przerażenie, uśmiechnął się lekko i wskazał nam miejsce tuż


[1] Tamże, s. 237

[2] Porównaj wspomnienia Adama Chmiela [w:] Kalendarz  z życia i twórczości, op.cit., s. 502.

przy łożku, na ogromnych, drewnianych zydlach. Po chwili, łapiąc z trudem powietrze zapytał o cel naszej wizyty. Ogarnęło nas przerażenie. Mówił, a my nie mogliśmy zrozumieć ani jednego prawie słowa. Choroba czyniła w jego organizmie zastraszające postępy, atakowała już gardło i podniebienie, wskutek czego z ust wielkiego poety wydobywali się słowa zniekształcone w dźwięku. Po chwili nieludzkiego prawie natężenia słuchu i nerwów zaczęliśmy go rozumieć”[1]. Podobnie swoje spotkanie z Wyspiańskim wspominała Stanisława Wysocka: „Przeszłam przez jeden pokój – żywej duszy. Weszłam do drugiego – dwa lóżka – na jednym coś się poruszyło. Spod pierzyn i poduszek, wydobył się niewyraźny głos: proszę do pracowni, ja zaraz każę się przewieść. Znalazłam się w bławatkowego koloru pokoju. Nieopisanie straszne wrażenie, gdy po kilku minutach wtoczono fotel do tej bławatkowej pracowni, a na nim drobny kształt ubrany w serdak – zmienione nie do poznania rysy. Bladość trupia prawie. Bolesny to był widok: twarz zniekształcona przez zapadnięcie się chrząstki nosowej, figurka wychudzona, maleńka, wymowa bełkocząca. Ale za to jaka świeżość umysłu. Mówił prawie bez przerwy, jakby chcąc powetować sobie stracony czas w samotności i milczeniu. Ten niegdyś milczący człowiek, oszołomił mnie swoją żywotnością i zainteresowaniem wszystkim co się działo w mieście. Opowiadał o swoich planach, o dwóch sztukach które układały  mu się w  wyobrazni. Taki jestem osamotniony –  żona  i dzieci w polu, a ja wciąż myślę i  myślę i czasem proszę Boga, aby mi mózg zamknął – wizje mnie prześladują z natarczywością, która mnie zamęcza”[2]. Do z nielicznych, ostatnich rysunków, jaki powstały w tym czasie należy Autoportret artysty. Nieomal dokumentalny zapis wstrząsających zmian jakie nieuleczalna choroba poczyniła na fizjonomii artysty: twarz zniekształcona przez zapadnięcie się chrząstki nosowej, zwężone z bólu źrenice, potworne zmęczenie życiem[3].

Istnieje zaskakująco wiele wspomnień oddających przejmującą samotność i zamknięcie w czterech ścianach  przykutego już wówczas do lóżka Wyspiańskiego[4]. Kontrast krzepkiej żywotności Teofili z gasnącym życiem poety najlepiej chyba oddał Karol Frycz kreśląc obraz pamiętnych dożynek w Węgrzcach jakie odbyły się w sierpniu 1907 r.: „Wynędzniały Wyspiański siedział na fotelu podobny do Piotrowina, z bladej twarzy zostały tylko wielkie oczy pełne błękitu, wciąż żywe. Wzrok przebiegał po śpiewających, po roztańczonych […] uśmiech przebijał się przez żałość skazanego na śmierć, podobny do promienia […] Często gasł gdy w gromadzie ukazywała się żona […] w kwiecistych spódnicach, przebierająca nogami do tańca. Umordowałam się. Pięknie? A ty? Wesoła jesteś bawisz się – odpowiadał  – to dobrze, to dobrze.


16. J. Leszczyński, Moje wspomnienia o Wyspiańskim [w:] Wyspiański w oczach współczesnych, red. L. Płoszewski,
17. t. II, s.  358.

18.  S. Wysocka, Moja bajka, op.cit.,  s. 353.

A żona nie tając swoich uczuć i myśli patrzyła z góry na łazarza z politowaniem, aż Wyspiański skurczył się i zapadł. Odwróciła się nagle chwycona przez parobka i runęła w otchłań tańca”[1].  Kilka tygodni później, w lipcu 1907 r. profesor Parneński, opiekujący się troskliwie zdrowiem Wyspiańskiego, znalazł u niego początek ciężkiej choroby nerek. Zlecił pacjentowi bardzo restrykcyjną dietę, mając nadzieję, że przy zdumiewającej sile organizmu, zdoła powstrzymać postępy choroby. I rzeczywiście. Dopóki ciotka Wyspiańskiego przemieszkiwała w Węgrzcach powodów do poważniejszych obaw nie było. Ale kiedy pani Stankiewiczowa musiała wyjechać „w domu z niebieską pracownią, zabrakło kogoś, kto miałby cierpliwość i zrozumienie dla zawiłych przepisów dietetycznych[2]. Zdrowie siostrzeńca zaczęło się wówczas gwałtownie pogarszać. Narastający ból sprawił, że w połowie listopada zdecydował się poddać systematycznemu leczeniu w zakładzie prof. Maksymiliana Rutkowskiego, przy ulicy Siemiradzkiego w Krakowie. Także te chwile zostały uwiecznione we wspomnieniach: „W tej ostatniej podróży – komentował Konstanty Srokowski – towarzyszył mu Feldman. W powozie Wyspiański już wówczas omdlewał, także Feldman zawiódł go prawie na rękach do Krakowa, cudząc po drodze winem i zwilżając skronie. W samym zakładzie początkowo czuł się stosunkowo dobrze. Dopiero w 5 czy 6 dni po przybyciu do Krakowa uległ gwałtownym przypadłością żołądkowym, a wezwany doktor Parneński stwierdził ogromne pogorszenie stanu nerek”[3]. Przebywającego w lecznicy artystę odwiedził Rydel, było to ostatnie ich spotkanie. „Mimo niedowładu, drżenia rąk i bezsenności do końca pisał, a raczej dyktował dramat Zygmunt August, prosił o nowe książki dla zorientowania się w meandrach historycznych. 28 listopada po godzinie piątej po południu Kraków nieoczekiwanie obiegła informacja o śmierci Stanisława Wyspiańskiego. Na dworze szalała burza z piorunami. Deszcz bił o szyby, wichura łamała gałęzie. Jego pogrzeb stał się wielką manifestacją narodowa. W ostatniej drodze towarzyszyło mu kilkadziesiąt tysięcy osób. I bicie dzwonu Zygmunta”[4].

Jeszcze w tym samym roku 1907 Teofila wyszła za mąż za parobka z Węgrzec. Wkrótce rada miasta i przyjaciele poety uznali że prosta, niepiśmienna kobieta nie może wychowywać dzieci geniusza. Tak więc Helenkę wyekspediowano do Szwajcarii, do szkoły klasztornej, zaś dwóch pozostałych synów Wyspiańskiego trafiło do szpitali psychiatrycznych. Najmłodszy, Staszek spędził tam 30 lat, zaś starszy – Teodor umarł tam na zapalenie płuc  w 1914 r[5].  W tym


[1] Karol Frycz odwiedził wówczas Wyspiańskiego razem z razem z Kazimierzem Sichulskim i Sewerynem Boehme. Zob. Kalendarz z życia i twórczości, op. cit., s. 515.

[2] Zob. K. Srokowski, Ostatnie chwile Stanisława Wyspiańskiego [w:] Wyspiański w oczach współczesnych, red. L. Płoszewski, t. II, s. 467-469.

[3] Tamże, s. 468.

[4] A. B. Skotnicki, Historia krótkiego życia naznaczonego piętnem choroby, „Alma Mater” 2007,                                                                                                                                                                                                                                                                                                  nr  97, s. 83.

[5] Późniejsze losy dzieci artysty stały się kanwa przedstawienia Pawła Passiniego „Odpoczywanie” wystawionego na krakowskich scenach w 2007 r.

19.  Zob. np. J. Leszczyński, Moje wspomnienia o Wyspiańskim, op. cit.,  s. 359-360

samym roku 1914, dom w Węgrzcach na wskutek działań wojennych został rozebrany. W następstwie pospiesznej ewakuacji bezpowrotnie stracono wówczas cenne, związane z osobą poety zbiory, zaś to co ocalało, strawił już w latach dwudziestych podwójny pożar. Jak wspominała córka artysty Helenka: „zginęły wówczas meble ojca i  reszta drogich pamiątek”[1].

 

dr Kamila Podniesińska – Muzeum Narodowe w Krakowie

Węgrzce, dn. 29.11.2011 r.

 Wykład wygłoszony publicznie z okazji Jubileuszu 65-lecia Biblioteki w Węgrzcach

 


[1] L. Tomanek, córka Wyspiańskiego mówi [w:] W oczach współczesnych, t. 1, op.cit., s. 92.